Zapraszamy
na strony czasopism wydawnictwa:

Rolnik DzierżawcaNowoczesna UprawaRolniczy Przegląd TechnicznyHoduj z głową bydłoHoduj z głową świnie


Sonda
Jak oceniasz swoje zbiory zbóż?
 
Bardzo dobrre
Dobre
Złe


Artykuł z numeru: 6/2017

Fundacja zarabia na ekologicznym mleku


Od 24 lat polsko-duńska fundacja prowadzi na Pojezierzu Kaszubskim Ecofarmę  produkującą ekologiczne mleko. Początki działalności były trudne, ale teraz jest to jedno z największych polskich mleczarskich gospodarstw ekologicznych.

Fundacja Polska Farma Ekologiczna Ecofarm powstała w 1992 r. dzięki współpracy Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, Polskiego Klubu Ekologicznego i duńskiej fundacji Solhvervfonden oraz duńskiego rolnika ekologicznego Mortena Krohna. Fundacja powołała Ecofarmę Kaszubską, która od 10 września 1993 r. prowadzi działalność rolniczą, początkowo w trzech, a teraz w dwóch gospodarstwach – w Małkowie i Wyczechowie na Pomorzu, niedaleko Trójmiasta. Od 1995 r. gospodarstwa mają certyfikat ekologiczny. Pierwszy wydało stowarzyszenie Ekoland, teraz certyfikuje je Agro Bio Test.
Skąd wziął się ten pomysł?
 
Trzeba było szukać ziemi

- W 1991 roku przedstawiciele kaszubskich samorządów pojechali do Danii. Delegacją zainteresowali się duńscy ekolodzy – z samorządowcami spotkał się prezes fundacji Solhvervfonden Knud Foldschack (obecny prezes fundacji Ecofarm) i zaproponował stworzenie w Polsce demonstracyjnego gospodarstwa ekologicznego. Duńczycy chcieli taką inwestycję sfinansować – wspomina Stanisław Szyca, dyrektor obu gospodarstw. Polacy kurtuazyjnie wyrazili entuzjazm, nie sądzili jednak, że Duńczycy poważnie traktują swoją propozycję i będą chcieli zrealizować plany. Chcieli. Odezwali się po dwóch tygodniach.

- Trzeba więc było szukać ziemi – mówi dyrektor Szyca. – Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa wystawiła w tym czasie na sprzedaż w trybie przetargowym prawie 70-hektarowe gospodarstwo Małkowo, wydzielone z KPGR Tokary. Fundacja przetarg wygrała. Atutem była deklarowana działalność ekologiczna. Następnie wydzierżawiliśmy od AWRSP dwa 250-hektarowe popegeerowskie gospodarstwa w miejscowości Przyjaźń oraz Wyczechowo, pierwsze oddalone od Małkowa o 11 kilometrów, drugie o niecałe 20. W obu gospodarstwach zagwarantowaliśmy pracę przez pięć lat ówczesnym 50 pracownikom.

Fundacja chciała wykupić oba dzierżawione gospodarstwa. Udało się to tylko w Wyczechowie, które wykupiono korzystając z prawa pierwokupu. Majątku w Przyjaźni nie udało się nabyć, że względu na roszczenia spadkobiercy byłej właścicielki. Ponieważ czynsz dzierżawny był tam stosunkowo wysoki, a sytuacja prawna nie dawała nadziei na zmianę ustawy pozwalającej fundacji wykupić gospodarstwo, zarząd podjął uchwałę, w wyniku której w 2003 r. nieruchomość wróciła do Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa.

Kupno dwóch gospodarstw sfinansowali Duńczycy. A także budowę obiektów gospodarczych i budynku administracyjnego w Małkowie (gdzie fundacja kupiła tylko grunty rolne, a teraz ma swoją siedzibę), zakup nowych maszyn, urządzeń oraz pierwszego stada jałówek. - To był projekt zaplanowany na 10 lat. Duńczycy zobowiązali się do pomocy finansowej w tym czasie, ale w zamian chcieli mieć pełną kontrolę nad gospodarstwami. Mieliśmy też stosować się do wskazówek duńskich doradców. Oni przyjeżdżali do Polski, my jeździliśmy do Danii. Przyglądaliśmy się, podpatrywaliśmy, kończyliśmy kursy dla rolników ekologicznych. Dobrze wykorzystaliśmy ich rady. Po dekadzie do gospodarstw nie trzeba już było dopłacać, zarabiają na siebie. Produkcja ekologicznego mleka może być opłacalna – zapewnia Stanisław Szyca.

Niezłe jaja i wielka lipa

Dyrektor nie ukrywa jednak, że pierwsze lata były bardzo trudne: – W najgorszym okresie zbieraliśmy średnio 1,6 tony zbóż z hektara, musieliśmy zlikwidować produkcję tuczników, która przetrwała w Wyczechowie jeszcze z czasów pegeerów. Część stada bydła mlecznego trzeba było zastąpić nowymi sztukami wolnymi od białaczki. Pola były ubogie w składniki odżywcze, zachwaszczone i zakwaszone. A nam brakowało obornika i słomy. Musieliśmy włożyć w oba gospodarstwa mnóstwo pracy i pieniędzy.

Kiedy zrezygnowano z tuczników, które nie za bardzo nadają się dla gospodarstw ekologicznych, w budynkach po trzodzie fundacja rozpoczęła produkcję jaj ekologicznych.

– Przez jakiś czas była na nie hossa, ale przyszedł moment, że sprzedaż się skończyła. A ponieważ zarabialiśmy na nich bardzo niewiele – sprzedawaliśmy jajka po 30 groszy za sztukę, a hurtownia je przepakowywała i wstawiała do sklepów z ceną 80 groszy za sztukę, mówiliśmy, że to niezłe jaja, bo jeden się narobi, żeby wyprodukować, drugi tylko przepakuje i nieźle zarobi. Dlatego szybko zrezygnowaliśmy z tej produkcji – uśmiecha się dyrektor Szyca.

Ecofarma Kaszubska próbowała też produkcji warzyw ekologicznych na 6 ha: marchwi, pietruszki, pora, selera, ogórków, buraczków. Trzeba było je ręcznie odchwaszczać, a po zbiorach umyć w myjce, którą kupiono za kilka tysięcy złotych. Ale nawet umytych warzyw sklepy nie chciały sprzedawać, bo były pokrzywione, nieładne. – W końcu sprzedaliśmy marchew na sok, po najniższej możliwej cenie. Seler i buraczki zjadły krowy. Te warzywa jeszcze teraz śnią mi się po nocach – mówi Stanisław Szyca. 

W 1993 r. w gospodarstwie w Małkowie stanęła mała mleczarnia do pasteryzowania i konfekcjonowania mleka. – Ćwierć wieku temu mleczarnia w gospodarstwie była bardziej medialna niż uzasadniona ekonomicznie – przyznaje dyrektor. – Pasteryzowaliśmy mleko, pakowaliśmy w kartony, rozwoziliśmy własnym transportem do ponad 100 sklepów w Trójmieście. Ale sprzedawcy nie przejmowali się warunkami przechowywania, nie trzymali kartonów w lodówkach, mleko kwaśniało. Natomiast klientom mleko w kartonach kojarzyło się z mlekiem UHT, a nie ekologicznym, pasteryzowanym. Cena nie była wyższa niż mleka UHT, mimo że jego smak był zupełnie inny. Po paru latach zrezygnowaliśmy tej produkcji, bo jak długo można niesprzedanym mlekiem karmić świnie?

Do niezbyt udanych inwestycji trzeba też dodać dwuhektarowy sad lipowy (400 drzew), założony w 1998 r. w Małkowie. Powstał na zlecenie Duńczyków, którzy wpadli na pomysł, żeby w Polsce produkować nasiona lipy, czego nie da się robić w ich kraju. Produkcja nasienna okazała się jednak bardziej skomplikowana niż sądzono, a na dodatek niełatwo było sprzedać nasiona. Nie mówiąc o ich zebraniu. – Przez cały dzień 25 osób zebrało tyle nasion. Od kilku lat trzymam je w wiaderku – dyrektor Szyca pokazuje pierwsze i ostatnie zbiory. – Teraz zamierzamy zrywać kwiaty i produkować herbatę lipową. Albo wstawić ule i sprzedawać miód lipowy.

Cały tekst można przeczytać w czerwcowym numerze miesięcznika „Przedsiębiorca Rolny”
 
Małgorzata Felińska
Fot. Tytus Żmijewski


Komentarze
Dodaj komentarz
Zobacz wszystkie komentarze
 
© 2013 copyright APRA, wszelkie prawa zastrzeżone