Zapraszamy
na strony czasopism wydawnictwa:

Rolnik DzierżawcaNowoczesna UprawaRolniczy Przegląd TechnicznyHoduj z głową bydłoHoduj z głową świnie


Sonda
Czy uważasz, że pomoc oferowana rolnikom poszkodowanym przez suszę przez ministerstwo rolnictwa jest wystarczająca?
 
Tak
Nie
Nie mam zdania


Artykuł z numeru: 11/2018

Kukurydza pod folią, rzepa drenująca pola


Trzej bracia i ich dwaj szwagrowie prowadzą Gospodarstwo Rolne Jazdon w Chobienicach oraz spółkę Onix w Zakrzewie koło Zbąszynia (Wielkopolska). Radzą sobie świetnie, a lista ich innowacyjnych pomysłów nie ma końca.

- Rodzice, dziadkowie i pradziadowie byli rolnikami. Nasza rodzina gospodaruje w Zakrzewie od prawie 300 lat. Najstarszy nagrobek z naszym nazwiskiem na miejscowym cmentarzu pochodzi z 1780 roku – mówi z dumą Tomasz Jazdon, współwłaściciel Gospodarstwa Rolnego Jazdon i spółki Onix. – W okresie międzywojennym dziadek odbywał praktyki w sąsiednich Chobienicach, zanim rozwinął własne gospodarstwo i firmę – handlował węglem, nawozami i materiałem szkółkarskim. Tak więc z Chobienicami także jesteśmy rodzinnie związani.

Mają to w genach

Najmłodsze pokolenie zaczęło gospodarować w Zakrzewie w 1988 r., kiedy dwóch najstarszych braci – Tomasz i Andrzej – postawiło w 24-hektarowym gospodarstwie rodziców trzy pieczarkarnie. Gdy w 1990 r. dołączył do nich najmłodszy brat Jakub, który skończył ochronę roślin, zaczęli handlować pestycydami. A także sprzedawać cebulę ze swoich pól i wyprodukowaną przez sąsiadów – rolników.

Mieliśmy więc gospodarstwo rolne, pieczarkarnie, sklep ze środkami ochrony roślin i handlowaliśmy cebulą. Były lata, w których pieczarki przynosiły świetne dochody, były czasy koniunktury na cebulę. Ze środków ochrony roślin dochód był stabilny. Organizowaliśmy też szkolenia dla rolników, demonstracje polowe, żeby przekonać sąsiadów do nowych technologii – wspomina Tomasz Jazdon i dodaje: – Predyspozycje do rolnictwa i handlu mamy w genach, dlatego dobrze nam idzie i produkcja rolna i sprzedaż tego, co wyrośnie na polach. Sukces osiągnęliśmy działając razem jako rodzina. Nie potrafimy już pracować osobno. Ojciec zainteresował nas rolnictwem, wychowywał nas przez pracę, którą bardzo polubiliśmy, mimo że była ciężka – w latach 80. tata hodował młode bydło rzeźne, miał chlewnię zarodową świń, uprawiał kolendrę, mak, kminek, wysadki buraków oraz por i cebulę.

Cebula i czosnek

Bracia także nastawili się na uprawę i handel cebulą. – To nam najbardziej odpowiadało – twierdzi rolnik. – Cebula dawała u nas plony rewelacyjne – ponad 60 ton z hektara. Praca była lżejsza niż przy uprawie porów, a uprawę można było zmechanizować. Pola były wolne od chorób, więc na niektórych uprawialiśmy cebulę przez 18 lat w monokulturze (na oborniku, z poplonami).

Gospodarstwo było jednym z większych producentów cebuli w Polsce. Zbierano tu kilkanaście tysięcy ton tego warzywa rocznie. Ale nadszedł bardzo mokry rok 2002, pola w Chobienicach i Zakrzewie stały pod wodą. A w kolejnym roku na cebuli pojawiła się fuzaryjna zgnilizna piętki (Fusarium oxysporum).

Początkowo nie zdawaliśmy sobie sprawy z zagrożenia i jeszcze przez trzy lata uprawialiśmy cebulę na dużych obszarach, jednak porażenia były coraz większe i w 2006 roku do płodozmianu wprowadziliśmy ziemniaki. Szukaliśmy alternatywy dla cebuli, bo mieliśmy już przecież przechowalnie – wyjaśnia Tomasz Jazdon.

Teraz cebula rośnie tylko na 60 ha. Głównie szalotka i wczesne odmiany dymki, oraz cebula typu pikles. Szalotka wykazuje naturalną odporność na Fusarium, jej uprawa jest jednak trudniejsza i wymaga ręcznego odchwaszczania, dlatego rolnicy uprawiają ją tylko na 5 ha.

Do 2007 r. bracia uprawiali też czosnek, zrezygnowali z powodu fuzariozy. – Próbowaliśmy zmechanizować produkcję, jednak każde obicie główki było widoczne, a towar tracił na jakości. Namówiliśmy więc właścicieli małych gospodarstw do uprawy czosnku, bo to dla nich dobry interes. Chcąc mieć czosnek najwyższej jakości trzeba go ręcznie posadzić, ręcznie zebrać i ręcznie przygotować do sprzedaży. Za pierwszą klasę, za główkę o co najmniej 6-centymetrowej średnicy dostaje się tyle, ile za kilogram czosnku – twierdzi rolnik.

Układ z sąsiadami

Bracia gospodarują teraz na ok. 500 ha, w tym ok. 100 ha dzierżawią od sąsiadów – rolników indywidualnych, a 45 ha od Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa. – Co roku ten areał się zmienia, bo niekiedy prowadzę usługową uprawę ziemniaków na gruntach sąsiadów (tylko sadzenie i zbiór, a rolnicy sami nawożą i chronią plantacje), niekiedy zamieniam się z sąsiadami na pola, albo wydzierżawiam pola pod ziemniaki – Tomasz Jazdon wyjaśnia, na czym polega układ z sąsiadami. – Część naszej załogi to rolnicy, którzy mają gospodarstwa o wielkości 5-15 ha. Gdy zaczynali u nas pracować pożyczali nasze maszyny i sami obrabiali pola. Wypracowałem więc taki system – włączyliśmy ich grunty do naszego gospodarstwa, płacimy im czynsz dzierżawny. Obie strony są zadowolone. My mamy więcej ziemi i większą produkcję rolną bardzo dobrej jakości, maszyny są efektywniej wykorzystywane, a rolnicy nie musieli sprzedać ojcowizny. Mają więcej wolnego czasu i pieniędzy: pensje, czynsz dzierżawny i dopłaty obszarowe.

Czteroletni płodozmian

W gospodarstwie płodozmian jest czteroletni. Jedną czwartą areału corocznie przeznacza się pod ziemniaki – w tym roku rosły na 147 ha. Rolnicy wybierają odmiany od bardzo wczesnych do późnych, w ostatnim sezonie rosło tu 12 odmian w różnych typach kulinarnych. Także tzw. ziemniaki maślane, tworzące pod krzaczkiem ok. 50 bulw 3-7-centymetrowych, w typie kulinarnym A. - Odmianę Jazzy uprawiamy już czwarty rok z rzędu, bo jest bardzo smaczna i dobrze się sprzedaje. Ale mamy też inne grupy odmian: o czerwonej skórce, mączyste czy do pieczenia – mówi Tomasz Jazdon.

Od pierwszego roku uprawy szerokość redlin wynosi 90 cm. – Mieliśmy w gospodarstwie chyba pierwszą 90-centymetrową sadzarkę Grimme GL sprzedaną w Polsce. Kupiliśmy pasujący do niej obsypnik i kombajn – wspomina przedsiębiorca i dodaje, że minął jakiś czas, zanim nauczył się uprawy ziemniaków, bowiem na plon ma wpływ wiele elementów: gleba, dobór odmian, nawożenie, agrotechnika, ochrona, dokarmianie dolistne i zbiór oraz przechowanie. – Ten ostatni etap jest najważniejszy, nie można popsuć tego, co urosło. Trzeba starannie zebrać bulwy. Ziemniak jadalny nie może spaść z większej wysokości niż 30 centymetrów. Tymczasem najwięcej reklamacji jest właśnie z powodu obitych bulw. Poza tym trzeba je odpowiednio przechowywać i unikać środków zapobiegających kiełkowaniu, bo często są po nich pozostałości.

Pola pod ziemniaki rolnicy przygotowują tak, jak pod marchew czy pietruszkę: po wysiewie nawozów formują redliny rototillerem zagregatowanym z ciągnikiem na bliźniaczych wąskich kołach (rozstaw 90 cm), aby nie ugniatać gleby pod redlinami. Głębokość i gęstość sadzenia zależy od wielkości sadzeniaków i od odmiany. Bulwy sadzą sadzarką strukturalną, która w jednym przejeździe podsiewa mikronawozami, zaprawia sadzeniaki przeciwko rizoktoniozie zaprawami chemicznymi lub (odmiany wczesne, uprawiane z podkiełkowanych bulw) preparatami z efektywnymi mikroorganizmami oraz formuje redliny. – EM-y radzą sobie z Rhizoctonią solani na odmianach bardzo wczesnych w 100 procentach – twierdzi Tomasz Jazdon. – Dlatego podkiełkowane bulwy traktujemy EM-ami po raz pierwszy w czasie przesypywania do skrzynek i drugi raz w momencie sadzenia.

Gospodarstwo stosuje systemy jazdy równoległej, ciągniki współpracujące z sadzarkami mają zamontowane GPS-y pozwalające na pracę z dokładnością do 1,5 cm. – Kiedy zaczęliśmy sadzić ziemniaki przy użyciu tych ciągników, o 30 procent zmniejszyły nam się odpady z powodu zazielenienia bulw – twierdzi rolnik. – Wszystko dlatego, że ciągnik z obsypnikiem jechał dokładnie po śladzie ciągnika z sadzarką. Wcześniej lekkie zboczenie z toru powodowało, że bulwy wychodziły z ziemi i zazieleniały się. W ciągu dwóch sezonów zwrócił nam się wydatek na system do jazdy równoległej, który dla jednego ciągnika kosztuje 100 tysięcy złotych. Teraz nie mamy omijaków, międzyrzędzia są równe.

W 2007 r. w lipcu ziemniaki zaczęły dziwnie żółknąć. Początkowo przyczyna była nieznana, później okazało się, że z powodu braku siarki. – Dwa razy dokarmialiśmy rośliny siarczanem magnezu i żółknięcie zatrzymało się. Wtedy zaczęliśmy inaczej układać dawki i teraz dajemy pod ziemniaki tyle siarki (SO2), ile azotu – wyjaśnia przedsiębiorca, który w ubiegłym roku zatrudnił holenderskiego doradcę do uprawy ziemniaków. – On mnie uczulił na to, żeby w pierwszym okresie wegetacji stosować mangan, a później kolejno żelazo, bor, wapń, żeby mieszać substancje aktywne. Teraz korzystam z tej wiedzy – dodaje.

Stacja wysyła sms-y

Od 2010 r. Gospodarstwo Rolne Jazdon dysponuje stacją meteo analizującą temperaturę i wilgotność powietrza, z oprogramowaniem do wczesnej sygnalizacji ryzyka wystąpienia chorób grzybowych – głównie zarazy ziemniaczanej, ale też mączniaka rzekomego na cebuli i kilku chorób zbóż. Stacja wysyła sms-y, gdy wystąpi zagrożenie chorobami. Takie informacje rolnicy otrzymują też z punktów, które sprzedają środki ochrony. Pozwalają one optymalizować liczbę oprysków, a tym samym koszty ochrony plantacji. – Szczycimy się tym, że stosujemy mniej pestycydów niż rolnicy holenderscy czy belgijscy, którzy potrafią na ziemniaki zrobić 24 zabiegi w sezonie. My wykonujemy przeciętnie osiem. Nasz produkt jest zdrowy i bezpieczny dla konsumenta – mówi Tomasz Jazdon.

Ochrona przed chwastami to też problem, szczególnie w przypadku odmian tworzących mniejszą nać. Z rynku wypadło wiele substancji czynnych, a niektóre gatunki chwastów tak się namnożyły, że coraz trudniej zwalcza się np. mlecz zwyczajny czy starca polnego.

Gospodarstwo ma dwa kombajny dwurzędowe Grimme SE, może więc jeszcze świadczyć usługi zbioru innym rolnikom. Dziennie maszyny kopią 300 t bulw. W tym roku zbiór zakończył się 11 października, wtedy, kiedy zbiór kukurydzy, czyli o miesiąc wcześniej niż zwykle. W Chobienicach plon bulw może sięgać nawet 80 t z ha, ale rolnicy wykopki przeprowadzają wcześniej, po rozdrobnieniu i następnie desykacji łęcin. Dzięki tej metodzie do desykacji wystarcza 0,5 l Reglone na ha.

- Mamy też zagniatacz redlin – chwali się Tomasz Jazdon. – To nowe urządzenie, bardzo przydatne. Kiedy plon bulw jest duży, redliny pękają, a po desykacji roślin dochodzi do nich światło, bo nie ma już naturalnej osłony zielonej masy. Trzeba więc dognieść wszystkie pęknięcia, żeby do zbiorów bulwy nie zzieleniały.

 

Cały tekst można przeczytać w listopadowym numerze miesięcznika „Przedsiębiorca Rolny”

Małgorzata Felińska
Fot. Jarosław Pruss



Komentarze
Dodaj komentarz
 
© 2013 copyright APRA, wszelkie prawa zastrzeżone | Polityka prywatności | Regulamin | Regulamin prenumerat