Zbierać, liczyć i mieć nadzieję

2026-09-25

Dobiegające końca żniwa zbożowe można ocenić jako trudne, rozczarowujące pod względem opłacalności i zróżnicowane regionalnie. Plonowanie nie było też zbyt urodzajne, a złożyła się na to kombinacja wiosennych przymrozków, letnich fal upałów oraz permanentnej suszy. W czasie dożynek powodów do tradycyjnego świętowania było w związku z tym mniej. Rolnicy zamiast o zyskach i inwestycjach częściej rozmawiali o pomysłach na przetrwanie rynkowej bessy. Mimo utrzymania w kraju całkowitej powierzchni upraw zbóż, w niektórych regionach, zbiory z hektara były niższe niemal o połowę. A wszystko to przy cenach niezachęcających do szybkiej sprzedaży. To również charakterystyczny element kończącej się pory zbiorów.

Złożona sytuacja rynkowa spowodowała, że latem przed skupami na próżno szukać było charakterystycznych kolejek do sprzedaży świeżo zebranego ziarna. Wręcz przeciwnie, towar odbierany był zwykle na bieżąco, bo rolnicy nie palili się do masowego, szybkiego zbytu. Wielu zdecydowało się na zmagazynowanie przynajmniej części zbóż w nadziei na poprawę koniunktury. Aktualnie oferowane ceny świadczą jednak o sporym nasyceniu rynku, zasilanym wcześniejszymi nadwyżkami. Sytuacja może się jednak zmienić, bo zapasy topnieją, a te żniwa do rekordowych nie należały. Sytuację normować ma też dodatkowo zbożowy potentat, Elewarr.

Daleko od rekordów

O sytuacji na polskich polach wiele mówią konkluzje z informacji sygnalnej przygotowanej przez Główny Urząd Statystyczny. W dokumencie z końcówki lipca zapisano, że „niekorzystne zjawiska pogodowe wyraźnie odbiły się na krajowej produkcji zbożowej, zaś spadki dotyczą większości gatunków”. Przechodząc do twardych liczb, GUS prognozował, że łączne zbiory zbóż podstawowych z mieszankami wyniosą w tym roku w Polsce około 25,3 mln ton. Oznaczałoby to dalsze spadki, tym razem o około 5 proc. w porównaniu z ubiegłym sezonem. Dla szerszego kontekstu przytoczyć można rok  2020 r. i najlepsze w ostatnich latach 28,6 mln ton.

Utrwalenie trendu spadkowego ma miejsce pomimo, że łączna powierzchnia upraw pozostała niemal niezmieniona i wyniosła około 5,5 mln ha. W większości gatunków plonowanie zapowiadano jako co najwyżej przyzwoite. Zbiory pszenicy prognozowano na 12,3 mln ton, a więc o prawie 9 proc. mniej niż w 2025 r. Podobne spadki miały tyczyć się żyta, zaś zbiory rzepaku miały „skurczyć się” aż o 14 proc. Według prognozy GUS zbożową średnią w Polsce w tym sezonie poprawić ma przede wszystkim jęczmień ze spodziewanym zbiorem dochodzącym do 3,5 mln ton (+13 proc. rok do roku).

Predykcje potwierdzały następnie sygnały płynące już z regionów. Wielkopolska Izba Rolnicza raportowała pod koniec lipca, że średnie plonowanie pszenicy nie osiąga tam 6 ton z hektara. Na zachodnim Pomorzu było jeszcze o ponad tonę słabiej, a na urodzajnej Opolszczyźnie średnia nie przekroczyła 8,5 tony. – Tegoroczny sezon jest niekorzystny przede wszystkim ze względu na nierównomierny przebieg pogody. Wiosenne niedobory wody odbiły się na lżejszych glebach. Następnie pojawiły się okresy wysokich temperatur, a w czasie zbiorów problemem stały się opady, które utrudniały pracę kombajnów i zwiększały wilgotność ziarna. Wcześniejsza susza ograniczyła potencjał plonowania, natomiast późniejsze opady pogorszyły warunki zbioru. Pojawiły się też problemy z gęstością i dorodnością ziarna. W części gospodarstw wymaga ono jeszcze dosuszania, co zwiększa i ponoszony koszty – opisywał lider rolniczego samorządu Wiktor Szmulewicz.

Sprzedaje ten, co musi

Po zbiorach rolnicy ostrożnie podchodzili do decyzji w sprawie sprzedaży. Szczególnie ci, którzy mają możliwość przetrzymania ziarna w magazynach i utrzymali płynność finansową. Na rynku wciąż odczuwalna jest obecność dużych zapasów z ubiegłego roku. To właśnie rezerwy stanowią swoisty bufor, dzięki któremu pomimo słabszych tegorocznych zbiorów, zakładom surowca nie brakuje. Przy obecnych kosztach obejmujących m.in. paliwo, energię, pensje na wynagrodzenia, magazynowanie i usługi kombajnowe, stawki za tegoroczne zboża nie pokrywają kosztów. Szczególnie tam, gdzie plony są niższe, a zapasy  wyższe.

Z tej pracy nie ma kołaczy

W przypadku pszenicy oferowane w kraju ceny są odległe od poziomów sprzed kilku lat. Sytuacja z 2022 r., gdy przed żniwami tona tego zboża kosztowała ponad 1500 zł, dziś wydaje się czymś kompletnie abstrakcyjnym. Od tamtego czasu ceny, poza okresowymi odbiciami, pozostawały wyraźnie niższe, do tego na ogół utrzymywały się tendencje spadkowe. W efekcie w połowie tegorocznych wakacji, średnia krajowa cena pszenicy wynosiła około 830 zł za tonę, żyta – niemal 650 zł, a jęczmienia – około 690 zł. Kukurydza kosztowała zaś blisko 900 zł za tonę.

Cenniki różniły się od siebie w poszczególnych regionach. Na północy i zachodzie kraju oraz w skupach eksportowych ceny pszenicy sięgały prawie 900 zł za hektar. W centrum i na krańcach wschodnich płacono nawet 10 proc. mniej. Nie zmienia to natomiast ogólnego przeświadczenia o słabym popycie i małych szansach na szybką poprawę rynkowej koniunktury. Nie zachwyciła też jakość zbiorów, w wielu miejscach nie pomagał deszcz. Spowalniał pracę na polach, zwiększał kłopoty z wilgocią ziaren oraz ryzykiem pojawienia się pleśni:– Nie była to praca ani łatwa, ani przyjemna, ani wykonywana z nadzieją na szybkie zyski. Żniwa 2026 należały do trudnych również przez pogodę. Bywało, że po godzinie młócenia koledzy wracali do domu, bo znowu zaczynało padać. A jak deszcz spadł w nocy to pod górkę mieli już od rana – przedstawiał sytuację w regionie Kujaw przewodniczący rolniczej Samoobrony Marek Duszyński.

tito

fot. Dariusz Kucman

Cały tekst można przeczytać w wydaniu 09-10/2026 miesięcznika „Przedsiębiorca Rolny”

Zapoznałem się z informacją o
administratorze i przetwarzaniu danych

Komentarze

Brak komentarzy